nie ma, jak zasnąć przed czwartą, żeby o piątej wstać na równe nogi, bo się dusisz.
trzy sny w tę godzinę.
popieprzone i nieprzyjemne...nieprzyjemnie dziwne. w pierwszym Sochaczew, ja na dole przed lustrem w przedpokoju, mam ostre halucynacje i widzę zmieniającą się moją twarz, to się rozmywa, to zmienia w twarz Babci. idę na górę powiedzieć o tym Mamie, że chyba muszę zrobić rezonans mózgu, a tam przychodzi na karmienie Babcia i mnie rozpoznaje. a później mówi, że te halucynacje to dlatego, że wreszcie w pełni stałam się kobietą. a ja, że tak, to chyba to, bo wiem już, czego chcę i jestem na dobrej drodze do wszystkiego.
drugi - jestem w domu, własnym, ale jest kompletnie inny układ mieszkania. kot też jest. nale ktoś otwiera drzwi, kluczem. otwiera zamek. ja jestem bez okularów, wołam, że przecież od tygodnia już jestem w Krakowie, po co sąsiedzi przychodzą? drzwi się otworzyły, kot uciekł na klatkę, ktoś na zewnątrz też uciekł, piętro wyżej. ja dalej bez okularów, wychodzę na klatkę, stoją dwie osoby, chyba to dziewczynki, córki sąsiadów, wołam, czemu przyszły, ale zero odpowiedzi. zgarniam tylko kota i wracam do domu.
trzeci - impreza u Tuni, sporo ludzi, mniej czy bardziej znanych z internetów. i jej mąż, który nie był jej mężem, tylko zupełnie "nie-z-internetu" Jerzykiem F., którego znam od paru lat. w tym śnie mnie ciągle przytulał, trzymał za rękę (nie protestowałabym, przystojny jest straszliwie, jedyny problem stanowi to, że jest mężem, nie Tuni, ale mojej koleżanki).
a obudziłam się chyba znów z tym samym odsercowym duszeniem się. którego nie było już...2? 3 miesiące. bez sensu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz